14.09.2014
Nowy shoutbox u dołu strony - poprzedni blokował dodawanie komentarzy w niektórych zakładkach.

środa, 10 września 2014

" - (...) Z czego żyję? Z przyzwyczajenia, proszę pana."

Soren Nyman, 27, malarz

Podobrazie płytowe pokryte gruntem malarskim, tak jak połowa mojej twarzy, gdy szukam i nie mogę znaleźć nic, nic co chciałbym w sobie mieć, co chciałbym przelać wraz z farbą, z machnięciem pędzla. W głowie mam plątaninę krzykliwych kolorów, a przecież cały jestem jednolity z wierzchu, może poza stopami; maluję nimi czasem, żeby nie oszaleć. Wącham ugier ciemny, pokrywam nim krzywiznę nosa, połykam wraz z kawą przy kolacji i rozcieńczam własną jaskrawość, wierząc że wraz z nadejściem poranka zdążę się skończyć i zacząć na nowo, a wraz ze mną sto czterdzieści na dwieście centymetrów płótna. Straciłem poczucie czasu, nie pamiętam czy mówi się dzień dobry, czy dobry wieczór, ale mógłbyś mi to wybaczyć; mam w sobie tyle barw, że czasem trudno skupić się na jednej. Żałuję miękkiego ołówka 9B, złamanego w połowie podczas próby wbicia go w ścianę, podłogę, tętnicę szyjną lub ucho. Nie zastanawiaj się czy jestem wart Twojego czasu, przecież sam mnie wybrałeś, nie wiedząc jeszcze, że ja zawsze wybiorę sztukę. Jesteśmy jednym systemem, syntetycznym włosiem w tym samym pędzlu, miękkością węgla i śladem gumki chlebowej na brudnej kartce. Każdorazowo, kiedy pojawię się przed Twoimi drzwiami, wiedz że właśnie dokonałem wyboru: w tej chwili jesteś najważniejszy. Było mi źle, bo zamykaliście mnie wszyscy w jednym pomieszczeniu, żądaliście płytkich oddechów, miętowych herbat, odebrania szaleństwa, zupełnie jak gdybym był w stanie zrobić jakąkolwiek z tych rzeczy. Przypalę Ci wodę na dowód, zapamiętaj. Nie bierzcie mnie sobie na własność, bo w trzech czwartych jestem pigmentem zielonej farby, muszę wariować, by odczuć spokój. 
Tato, czasem budzę się zlany potem, bo Twój krzyk plącze mi się inkaustem w każdej z moich prac, wiedziałeś? I kiedy wstaję, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku, zamieram, bo przecież milczenie spowija Was wszystkich i tylko ja mówię, ja i trzydzieści dwa kolory na drewnianej palecie. Zły jestem, wściekły, spowity ciemnością, atramentem wybrudzone mam usta. I nic, zupełnie nic, nie może mnie uleczyć.
Nienacki.
Matthew Bell.

5 komentarzy:

  1. [cześć, cześć. przylazłam, przeczytałam, połowy pewnie nie zrozumiałam, ale się witam :)]

    //Veikka.

    OdpowiedzUsuń
  2. [zdanie "bez żadnych granic rozsądku" podoba mi się najbardziej :D
    ale pomysł dobry, fakt. I na samochodach to chyba zna się przede wszystkim.
    mam zacząć? choć to trochę nie pasuje.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć. Przyszłam się przywitać tylko i wyłącznie przez wzgląd na kartę, która mi się szalenie podoba. Komentarz pisany jest kwadrans po przyswojeniu sobie jej treści i rzewnych łzach przy oglądaniu własnych wypocin, które w nikłym procencie pokrywają się z wielkimi zamierzeniami.
    Pomysłów ostatnio nie mam i pisanie idzie ciężko, więc nie chce się narzucać, ani drążyć wątku bez przyczyny, ale swoje trzy grosze uznałam że wtrącę.]

    Sigrid

    OdpowiedzUsuń
  4. Veikka nadal uważała, że jest na tyle ciepło, że może sobie spokojnie jeździć na rowerze. W zimie zresztą też było dla niej odpowiednio ciepło, więc właściwie bez różnicy, jaka akurat była pogoda, bo i tak wsiadała na rower i po prostu jechała. Komunikacji miejskiej jakoś wyjątkowo nie cierpiała, już wolałaby iść na piechotę. A na samochód nie było ją jeszcze stać. Ale kiedyś, kiedyś na pewno…
    Żeby jeździć po chodniku w miejscach, gdzie brakuje ścieżki rowerowej, musiałaby chyba przejść jakiś kurs albo skończyć studia w szkole cyrkowej i nauczyć się jeździć slalomem. Wolała więc jeździć po drodze, choć pewnie kierowcy samochodów tego nie lubili. Gdyby miała klakson przy rowerze, pewnie nagminnie by na nich trąbiła, bo wszyscy jeżdżą jak… Trzeba by ocenzurować myśli Veikki na ten temat. Zdarzało jej się też czasem wyzywać, fakt. Chociaż pięścią chyba nikomu na drodze jeszcze nie groziła… Być może dlatego, że i tak zostałaby wyśmiana i świetnie zdawała sobie z tego sprawę.
    „Czasem” równie dobrze mogłoby oznaczać „rzadko”, bo już dawno nie zdarzyła jej się żadna dziwna akcja, gdy wracała do domu. Tym razem też nic na to nie wskazywało. Jechała sobie może ze trzydzieści na godzinę, tak jej się zdawało, bo nie przyczepiła sobie żadnego bajeranckiego licznika do roweru. Jakiś samochód i tak ją wyprzedził, potem drugi. Każdy po kolei zresztą ją wyprzedzał, bo przecież i tak nigdy nie była w stanie dogonić żadnego samochodu. Dlatego tak bardzo się zdziwiła, kiedy jeden zbliżał się zamiast oddalać. Najwyraźniej stał i po prostu podjeżdżała do niego coraz bliżej. I już, już miała go ominąć i przejechać obok, gdy ktoś tuż za nią zatrąbił. Spłoszyła się, skręciła w nieodpowiednią stronę, próbowała jeszcze zahamować, udało jej się w ostatniej chwili, ale i tak wylądowała na bagażniku stojącego samochodu. Ledwo, bo ledwo, poza tym lekko ale zawsze.
    Zaklęła sobie cicho pod nosem, bo jakżeby inaczej. Natychmiast zsiadła z roweru, oparła go o samochód i powędrowała na przód samochodu. Bo coś ewidentnie było nie tak. Nie wiedziała jeszcze co, ale jak dojrzałą chłopaka siedzącego na masce, to domysły się potwierdziły, bo przecież nikt nie robił sobie przystanków na środku drogi i nie opierał się beztrosko o samochód.
    - Co do cholery… - wymruczała, odrobinę zdezorientowana.- Co się stało? – spytała już głośniej, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dobry wieczór. Karta jest... Pewnie jest na to jakieś ładne, polskie (?) słowo, ale niestety go nie znam. Mnie, karta, zaciekawiła do tego stopnia, że chciałabym wątek. Zaczynają się schody, gdzie nie chcę wyjść na pozbawioną wyobraźni, a jednocześnie nie przychodzą mi do głowy inne, niż błahe, pomysły. Masz może pomysł, jak można byłoby połączyć ich dwoje? ]/ Jannike Carlssen

    OdpowiedzUsuń